Polska reprezentacja na Mistrzostwach Śiata Historia Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Polska reprezentacja na Mistrzostwach Śiata

Reprezentacja Polski
na Finałach Mistrzostw Świata w roku 1974_trener

Kazimierz Górski
Urodził się 2.3.1921 roku we Lwowie. Zmarł 23.05.2006r w Warszawie w wieku 85 lat. Grał w piłkę nożną na pozycji napastnika (RKS Lwów, Spartak Lwów, Dynamo Lwów, Legia Warszawa). Wystąpił w meczu międzypaństwowym przeciwko Danii (0-8) w 1948 roku. Pseudonim z boiska "Sarenka".
Trenował trzykrotnie Legię Warszawa, Marymont Warszawa (pierwsza samodzielna praca szkoleniowa rozpoczęta w 1954 roku), Gwardię Warszawa, Lubliniankę, Łódzki KS, Panathinaikos Ateny, Kastorię i Olympiakos Pireus. Szkolił reprezentację Polski juniorów w latach 1956-66, reprezentację do lat 23 w latach 1966-70, I reprezentację narodową - prowadził ją z wielkimi sukcesami w latach 1970-76 (pierwszy mecz ze Szwajcarią w Lozannie 5.5.1971 roku). W tym okresie z drużyną zdobył złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium (1972 rok), srebrny medal na mistrzostwach świata w 1974 roku (boiska Niemiec) i srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu (1976 rok). Prowadził reprezentację w 73 meczach (45 zwycięstw).
Po zakończeniu kariery trenerskiej i powrocie do Polski od 1986 roku we władzach PZPN-u, od 1987 roku wiceprezes Związku, w latach 1991-95 prezes, od 3 lipca 1995 roku prezes honorowy PZPN. Od 1976 roku członek honorowy PZPN.
Absolutnie największa postać polskiego świata trenerskiego, najbardziej utytułowany szkoleniowiec, od którego rozpoczęła się złota era polskiego futbolu. Bardzo dobre wyniki osiągał m.in. poprzez znakomitą atmosferę w zespole. Polscy kibice po Olimpiadzie w Monachium zrozumieli, że tworzy się ciekawa drużyna i potwierdziła ona swą klasę w późniejszych eliminacjach do finałów MŚ w Niemczech. Legendarny i szczęśliwy (1-1) mecz na Wembley w 1973 roku otworzył drogę wielu futbolistom do wielkiej kariery. Dla wielu sympatyków futbolu w Polsce, zwycięski remis na osławionym (wielu rywali Anglii nie wytrzymywało tamtejszego dopingu) boisku Wembley - w "jaskini lwa" - był epokowym i przełomowym wydarzeniem. Bo też był to dreszczowiec ze wspaniałym zakończeniem, który trzymał w napięciu przez 90 minut. Polacy przełamali barierę niemożności. Współautorem sukcesu był Górski.
Na stadionach niemieckich w 1974 roku zespół Górskiego eksplodował wspaniałymi występami, fanów w kraju doprowadzając do ekstazy. To właśnie w pierwszej połowie lat 70. wzrosło w Polsce zainteresowanie futbolem, w czym wielki udział ma Kazimierz Górski. Paradoksem losu jest, że karierę zaczynać musiał - jak wielu rówieśników - pod pseudonimem, gdyż regulamin szkoły zabraniał gry w klubach sportowych.
Uwielbiany był również w Grecji. Bardzo dobre wyniki Panathinaikosu potwierdziły opinie trenera z intuicją i kompletnym warsztatem. Cały świat obiegły zdjęcia na których fani Wszechateńskiego klubu noszą Górskiego na rękach. Zasłużył na wszystkie pochwały.
źródło: www.pzpn.pl

Zwycięstwa Górskiego

Artykuł o zwycięstwa Górskiego autorstwa Pawła Zarzecznego - Historia Polskiej Piłki Nożnej, album 25-26

Monachium 1972
10 września. Ostatnie minuty dzielące nas od finału dłużyły się już nam niemiłosiernie. Czekaliśmy na "godzinę zero", a nasze napięcie powoli sięgało zenitu.
- Co byśmy dali, żeby przesunąć naprzód wskazówki zegara i mieć to wszystko już za sobą - wzdychali zawodnicy. Zaczęło się fatalnie, w strugach ulewnego deszczu, w którym dosłownie tonął wspaniafy Stadin Olimpijski, wypełniony w niecałej nawet połowie przez widzów.
O godzinie 20.15 rozpoczął się mecz naszych marzeń. Deszcz wciąż lał jak z cebra, co nie wpłynęło w najmniejszym nawet stopniu na poziom gry i postawę zawodników. Nikt się nie oszczędzał, walka toczyła się jak przystało na batalię o najwyższa, stawkę: była twarda, chwilami nawet bezpardonowa, ale fair.
Kiedy zaczynałem być już spokojny o wynik, chwila nieuwagi kosztowała nas utratę bramki. Deyna podał piłkę do... Varadiego, a ten szybko minął zdezorientowanego Kazika i strzelił z niesłychanie ostrego kąta. Piłka minęła Kostkę i na 3 minuty przed zakończeniem pierwszej połowy przegrywaliśmy 0:1.
Po przerwie chłopcy ruszyli z ogromnym animuszem do ataku. Już w 2 minucie Deyna dał prawdziwy koncert gry, a właściwie dryblingu stojącego na najwyższym światowym poziomie. Minął kilku zawodników węgierskich i zdobył przepięknym, precyzyjnym strzałem wyrównanie, pakując piłkę do siatki tuż obok lewego słupka.
Od tego momentu nie było słabych punktów w polskim zespole. Podania były celne, zwody udane i wreszcie strzały! Sypały się jeden za drugim na bramkę Madziarów. Oto 68 minuta meczu, która na zawsze chyba przejdzie do historii polskiego futbolu. Deyna przejął od Lubanskiego długie podanie na polu karnym, wygrał pojedynek z obrońcami i umieścił piłkę w siatce! Polacy nadal nadawali ton grze, chociaż wypady węgierskie były wciąż niebezpieczne. Utrudzonego ogromnie Deynę wymieniłem na Szymczaka, który wprowadził wiele ożywienia do gry. Również trener Llovsky wprowadził korekty w składzie swojej drużyny. Wszedł wreszcie oczekiwany przez nas Kocsis, a Antala Dunaia, kontuzjowanego na samym początku meczu po starciu z Gutem, z którego nasz obrońca również nie wyszedł bez szwanku, zastąpił Toth.
W 75 minucie moi chłopcy inicjują najpiękniejszą chyba akcję meczu, wielka szkoda, że zakończoną niecelnym strzałem. Szołtysik zagrywa do Lubanskiego, ten do Kraski, który ponownie podaje do naszego kapitana. Jednak piłka zamiast do Włodka trafiła do Gadochy, który zaskoczony nieoczekiwanym przebiegiem wydarzeń za wysoko nastawia "celownik" strzelając ponad pustą bramką. Na 4 minuty przed końcem serce podchodzi mi do gardła, kiedy Węgrzy egzekwują rzut wolny z odległości dwudziestu kilku metrów. Na szczęście Kostka był na posterunku. Wreszcie koniec meczu. Zawodnicy wykonują na murawie taniec radości. Nie ma końca wybuchom entuzjazmu.


Wembley 1973
17 października. Tak niewiele mogę powiedzieć i napisać o tym dniu. Przeleciał mi dosłownie jak błyskawica. Zanim się obejrzałem, była godzina 19:45 i sędzia belgijski pan Loraux dawał gwizdkiem znak rozpoczęcia meczu.
Na stadionie myślałem już tylko o grze. Zdołałem się skupić i skoncentrować. Z równowagi nie wytrąciły mnie ani obraźliwe okrzyki padające z widowni, ani gwizdy podczas Mazurka Dąbrowskiego.
Anglicy mieli więcej z gry. Gospodarze obiegli naszą bramkę. Chłopcy sir Alfa Ramseya zamykali biało-czerwonych w hokejowym zamku. Mnożyły się niecelne podania i wybicia piłki.
Pod bramką Tomaszewskiego było coraz ciaśniej. Janek interweniował naprawdę znakomicie, a wspierali go ofiarnie defensorzy.
- Jeszcze tylko 45 minut - powtarzali chłopcy w szatni.
Drugą połowę gospodarze rozpoczęli w identycznym stylu, to znaczy atakiem non stop. Wydawało się, że są jeszcze bardziej zdenerwowani, niż przed przerwą, utrzymującym się bezbramkowym wynikiem. Potem przyszła historyczna 56 minuta gry i bramka strzelona przez Jana Domarskiego. Prowadziliśmy przez całe 6 minut, dopóki sędzia nie odgwizdał jedenastki za faul Musiała, rzekomo na polu karnym. Clarke trafił.
Nie usłyszałem końcowego gwizdka. Zobaczyłem dopiero zawodników skaczących do góry. Nie wstydzę się łez, które spłynęły mi po policzkach. Był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu.

Monachium 1974
6 lipca Rozpoczynam od relacji z konferencji prasowej. - Ja się czujecie po zdobyciu trzeciego miejsca?
- Podobnie jak i przed zdobyciem
- Czy współczuje pan trenerowi Zagalo?
- Przecież czwarte miejsce nie przynosi wstydu.
- Ale to mistrzowie świata...
- Wicemistrzowie nie zakwalifikowali się nawet do drugiej rundy.
- Co na tych mistrzostwach zmieniło się w taktyce gry?
- Wszyscy już chyba teraz zrozumiej że opłaca się gra na wskroś ofensywna.
- Strzeliliście szesnaście bramek...
- To znaczy że graliśmy ofensywnie.
- A co jest najważniejsze w taktyce gry?
- Opanowanie do perfekcji błyskawiczenego przechodzenia z ofensywy do defensywy i odwrotnie,
- Ale do tego potrzebna jest żelazna kondycja i nieprawdopodobna szybkość...
- Drużyna, która posiada te cechy, zwycięża.
- Czy Holandia i RFN zasłużyły na finał?
- Tak, żałuje jedynie, że my się w nim nie znaleźliśmy.
- Jakie kłopoty mieliście z Brazylijczykami?
- W pierwszej połowie niepotrzebnie daliśmy sobie narzucić ich styl gry. Po zmianie stron było już znacznie lepiej.
- W sumie jednak graliście gorzej, niż w poprzednich spotkaniach...
- Zgadza się. Brakowało nam świeżości. Było ponadto duszno, zawodnicy skarżyli się, że często brakowało im tchu.
- Jesteście jednak zadowoleni z trzeciego miejsca?
- Ponieważ mało kto na nas stawiał- tak, ale sądząc z przebiegu wydarzeń mogiiśmy się pokusić o jeszcze wyższa pozycję,
- Pięciu najlepszych piłkarzy X Mistrzostw Świata?
- Cruyff, Beckenbauer, Mazzofa, Breitner i...
- ... Dęyna - podpowiedzieli mi chórem dziennikarze.
- I Deyna - zgodziłem się.

Kilka słów jeszcze o samym meczu. Obie drużyny miafy w kościach męczący turniej, co wyraźnie uwidaczniało się w grze. Ładnych, dynamicznych akcji jednak nie brakowało po obu stronach. Zadecydowała jedna akcja w 79 minucie, kiedy Lato ideainie wyszedł do prostopadłego podania, przebiegł z piłka pół boiska i pokonał brazylijskiego bramkarza.

Montreal 1976
31 lipca. Dzień ten mieć będę chyba zawsze w pamięci. Doświadczył wrażeń w nadmiarze, i tych dobrych i tych złych. Przeciwnik wyczuł nastrój zdenerwowania w naszych szeregach, wywołany zmiana dokonaną w ostatniej chwili i ruszył niezwłocznie do natarcia. Ze ściśniętym sercem oczekiwałem, kiedy utracimy bramkę. Nie trwało to długo. Pierwsza padła w siódmej minucie, druga dokładnie siedem minut później.
- Jest po meczu - powiedziałem do siedzących obok mnie na ławce koegów trenerów, - Nie wszystko stracone - ktoś usiłował mnie pocieszyć, ale nie brzmiało to zbyt przekonywująco.
Nie wierzyłem, abyśmy potrafili odrobić straty. Mam odwagę się do tego przyznać. To byt trudny przeciwnik i znał dobrze piłkarskie rzemiosło.
- Nie macie nic do stracenia, tylko atakować - oświadczyłem w czasie przerwy zawodnikom. - Pamiętajcie jednak, że rywall dążyc do złotego medalu będzie czyhał z kontrą i jeśli tyfko się odsłonicie, natychmiast zaatakuje.
W drugiej połowie wstąpił w nasza drużynę nowy duch. Teraz my oblegaliśmy non stop bramkę NRD. Kiedy po kilkunastu minutach Lato strzelił gola, ożyła we mnie nieśmiała nadzieja, że może uda nam się wyrównać, a wówczas... wtedy nastąpił jakże brzemienny w skutkach błąd obrony. 1:3.
Ale było srebro. Trzeci mój medal w ciągu czterech lat pracy z kadrą.


Polska reprezentacja na Mistrzostwach Śiata
        Zarabiaj z nami!
       
Piłka nożna
Copyright © pjanek 2002-2017
Polska reprezentacja na Mistrzostwach Śiata